Skip to main content
    Search form

    Tak umierają demokracje

    Levitsky i Ziblatt spędzili dwie dekady na analizie rozpadu demokracji w różnych częściach świata. Choć każdy przypadek historyczny jest inny, możemy dopatrzyć się wspólnych wątków. Musimy zacząć uczyć się na błędach przeszłości. Ta książka to lektura obowiązkowa, zwłaszcza teraz - pisze Tomasz Krzyżanowski.


    Przyzwyczailiśmy się kojarzyć upadek demokracji z wydarzeniami spektakularnymi, np. marszem na Rzym Mussoliniego, płonącym Reichstagiem w Berlinie, czy bombardowaniem przez puczystów pałacu chilijskiego prezydenta Allende. Jak dowodzą Steven Levitsky i Daniel Ziblatt w książce “How Democracies Die. What History Reveals About Our Future”, dziś demokracje umierają w sposób znacznie mniej widowiskowy. Paradoksalnie początek ich końca ma miejsce najczęściej przy urnie wyborczej, w ramach całkowicie wolnych wyborów. Kandydaci partii skrajnych nie wypisują na swoich sztandarach walki z liberalną demokracją, jak czynili to Mussolini czy Hitler. Współcześni przyszli-dyktatorzy chcą demokrację „ulepszyć”, „poprawić”, „zwrócić ją obywatelom”. Demagogia z pewnością nie jest niczym nowym. Autorzy przekonują, że pobierając naukę z historii i ucząc się na błędach przeszłości, możemy zapobiec kolejnym upadkom demokracji. Warto przywołać kilka wątków, które w swojej książce poruszyli harvardzcy profesorowie. 

    Fatalne sojusze

    W jaki sposób dyktatorzy dochodzą do władzy? Choć każdy przypadek historyczny jest inny, możemy dopatrzyć się w nich pewnych wspólnych wątków. Zdaniem autorów jednym z najbardziej interesujących jest kwestia legitymizacji przyszłych dyktatorów przez dotychczasowy establishment. Widać to na przykładzie Hitlera, Mussoliniego, czy Hugo Chaveza w Wenezueli. Przedstawiciele dotychczasowej władzy wyciągali do nich pomocną dłoń, bez której ci wówczas pretendenci prawdopodobnie nie byliby w stanie osiągnąć swoich celów. Establishment czynił to z wyrachowania, licząc że szybko ogra debiutantów, czasami też ze zmęczenia lub z przekonania, że „coś musi się zmienić”. Najczęściej była to kombinacja wszystkich tych czynników, ale efekty za każdym razem były fatalne.

    Levitsky i Ziblatt dowodzą, że dyktatorem można zostać również niejako z przypadku. Dobrym przykładem jest tu były prezydent Peru, Alberto Fujimori. Wygrał wybory, idąc do nich z programem demokratycznych reform. Dopiero gdy wszelkie próby ich wprowadzenia zostały zablokowane przez dotychczasowy establishment, przeszedł do bezwzględnej kontrofensywy, początkowo jedynie werbalnej. Swoich adwersarzy wyzywał od „skunksów”, „szakali” i „bezproduktywnych szarlatanów”. Słuchając dzisiejszych polityków, warto pamiętać, że proces psucia demokracji zaczyna się często od brutalizacji języka.

    Co powinien zrobić aspirujący dyktator, by zagwarantować sobie powodzenie swoich planów? Trzy rzeczy: przekupić sędziów, zneutralizować kluczowych graczy przeciwnika i na koniec zmienić reguły gry.

    Autorzy oferują nam użyteczne narzędzie oceny, czy dana władza wykazuje tendencje autorytarne. To cztery punkty, ale spełnienie już jednego z nich powinno sprawić, że zapalą nam się lampki alarmowe. Są to kolejno: odrzucenie lub słabe przywiązanie do demokratycznych reguł gry; odmawianie oponentom legitymizacji politycznej; tolerowanie lub zachęcanie do przemocy; gotowość do ograniczania swobód obywatelskich oponentów, w tym mediów.

    Podważanie demokracji

    Co powinien zrobić aspirujący dyktator, by zagwarantować sobie powodzenie swoich planów? Levitsky i Ziblatt stosują porównanie do gry w piłkę nożną. Co trzeba zrobić, by mieć pewność zwycięstwa w meczu? Trzy rzeczy: przekupić sędziów, zneutralizować kluczowych graczy przeciwnika i na koniec zmienić reguły gry.

    Jak przekupywać sędziów pokazuje przykład Węgier, gdzie kolejne zmiany w systemie sądownictwa sprawiły, że przedstawiciele trzeciej władzy stali się całkowicie zależni od pierwszej. Z kolei kluczowymi graczami strony przeciwnej, których należy zneutralizować są: media, opozycyjni politycy i celebryci. Liczne przykłady z różnych stron świata pokazują, że można na nich wpływać: groźbą, pochlebstwem, czy też przekupstwem – zarówno w formie ordynarnych łapówek, jak i poprzez przyznawanie lukratywnych kontraktów, grantów, czy stworzenie możliwości realizowania własnych projektów. Na tę ostatnią formę nacisku podatni są w szczególności ludzie kultury.

    Jeżeli chodzi o ostatni punkt, to autorzy sięgają po sytuację po wojnie secesyjnej, kiedy to odsetek czarnoskórych uprawnionych do głosowania wzrósł z 0,5 do 80 procent, zagrażając tym samym supremacji demokratów na Południu. Demokraci zmienili więc reguły gry – wprowadzili do prawa wyborczego kryterium podatkowe oraz konieczność posiadania umiejętności czytania i pisania. Ta „reforma” na dziesięciolecia zabiła demokrację na Południu. Frekwencja wśród czarnoskórych spadła z 61 procent w 1880 roku do 2 procent w 1912.

    Gatekeeping w Ameryce

    Gatekeeping to działania mające chronić przed dojściem do władzy demagogów zagrażających ustrojowi, swobodnie tłumacząc jest to „pilnowanie reguł”. Wielu czytelników, zwłaszcza tych młodszych, może sądzić, że populizm w amerykańskiej polityce pojawił się wraz z Trumpem. Nic bardziej mylnego. Przez całą historię Stanów Zjednoczonych przewijają się postacie polityków - zwłaszcza lokalnych, demagogicznych kaznodziei, czy bogatych przedsiębiorców, których ambicje sięgały Białego Domu, a w rankingach poparcia dostawali nierzadko nawet kilkadziesiąt procent. Szczególnie interesujący jest tu przypadek Henry’ego Forda, który poważnie rozważał start z ramienia demokratów. Z pozoru miał wszelkie atuty: praktycznie nieograniczone środki finansowe, popularność, realne zasługi dla gospodarki i uzasadnioną sławę biznesowego wizjonera. A jednak żaden z tych outsiderów nigdy nawet nie zbliżył się do uzyskania nominacji. Dlaczego? Zdaniem autorów decydowały o tym „zadymione pokoje”.

    Współcześnie demokracje umierają w sposób mało widowiskowy. Paradoksalnie początek ich końca ma miejsce najczęściej przy urnie wyborczej, w ramach całkowicie wolnych wyborów. Kandydaci partii skrajnych nie wypisują na swoich sztandarach walki z liberalną demokracją, jak czynili to Mussolini czy Hitler. Współcześni przyszli-dyktatorzy chcą demokrację „ulepszyć”, „poprawić”, „zwrócić ją obywatelom”. 

    To w nich, podczas wyborczych konwencji, partyjny establishment przy whisky i cygarach decydował kto jest godny uzyskania wyborczej nominacji, często nie oglądając się przy tym na nastroje szeregowych delegatów. Można powiedzieć, że była to skrajna wersja „gatekeepingu”.

    Autorzy nie tęsknią za czasami zadymionych pokoi. Praktyki te były po prostu niedemokratyczne. Miały natomiast tę niewątpliwą zaletę, że decydujący o nominacjach naprawdę dobrze znali kandydatów i byli w stanie ocenić, czy nadają się oni do pełnienia najważniejszych funkcji w kraju.

    Stopniowo system konwencji został zastąpiony prawyborami. Znacznie zdemokratyzowały one proces wyłaniania kandydatów, ale i tak pozostawiono w nich pewien bezpiecznik w postaci tzw. „niewidzialnych prawyborów”. Kandydat, by mieć szanse powodzenia, musiał przekonać do siebie nie tylko wyborców swojej partii, ale również jej establishment: najważniejszych kongresmenów, gubernatorów i burmistrzów. Z czasem jednak i to zabezpieczenie okazało się niewystarczające.

    Wielka abdykacja republikanów

    System prawyborów, co prawda, uchylił drzwi do wielkiej polityki outsiderom, ale tylko tym na tyle sławnym i bogatym, że mogli pozwolić sobie na pominięcie zdobycia poparcia establishmentu. Na zmianę układu sił wpłynęły również czynniki zewnętrzne, takie jak nowości technologiczne. Upowszechnienie internetu umożliwiło zbieranie za jego pośrednictwem środków na kampanię w postaci tzw. mikrodotacji. Istotnym elementem zmieniającym sytuację polityczną stała się także ekspansja tzw. nowych mediów, takich jak blogi i portale internetowe oraz całodobowe stacje informacyjne w rodzaju Fox News.

    Pomimo tych wszystkich zmian, żadnemu „alternatywnemu” kandydatowi przed Trumpem nie udało się uzyskać nominacji jednej z dwóch wielkich partii. Szansy musieli szukać jako kandydaci niezależni, oczywiście bez powodzenia.

    Trump całkowicie zignorował republikański establishment i było to zachowanie w pełni racjonalne. Nie miał bowiem szans, by go do siebie przekonać, dlatego wszystkie siły i środki rzucił gdzie indziej. Totalna klęska w „niewidzialnych prawyborach” i często nieskrywana wrogość republikańskich elit nie przeszkodziły mu najpierw zdobyć nominacji swojej partii, a potem sięgnąć po całą pulę.

    Można by powiedzieć, że triumf Trumpa był wielkim świętem demokracji. Oto wygrywa kandydat spoza tradycyjnego układu, z brakiem poparcia dotychczasowych elit, wyniesiony do władzy prawdziwą wolą ludu. Entuzjazm ten musi jednak osłabnąć, jeżeli przypomnimy sobie, że Trump zalicza się do najściślejszej elity finansowej kraju. Dodatkowo, autorzy zauważają, że już w pierwszym roku swojej prezydentury Trump spełnił wszystkie cztery punkty, wykazujące tendencje autorytarne przywódcy. Republikański gatekeeping zawiódł na całej linii.

    Konstytucje ze swej natury są niekompletne i muszą podlegać różnorakim interpretacjom. By mogły wypełniać swoją rolę, muszą im towarzyszyć niepisane zasady. Najważniejsze z nich to: wzajemna tolerancja i instytucjonalna wstrzemięźliwość. Brak tych elementów prowadzi do tragicznych skutków.

    Duch demokracji

    Amerykanie pokładają wielką wiarę w skuteczność swojej konstytucji oraz system wzajemnej kontroli. Czy te dwa elementy wystarczą jednak do zachowania demokracji? Zdaniem autorów nie.

    Jak pokazuje historia, nawet najlepiej zaprojektowane konstytucje czasem zawodzą. Nad konstytucją weimarską pracowały najtęższe umysły prawnicze Niemiec, ale nie przeszkodziło to Hitlerowi w dojściu do władzy. Konstytucja Filipin była wierną kopią amerykańskiej, ale to nie powstrzymało dyktatora, Ferdinanda Marcosa. Konstytucje ze swej natury są bowiem niekompletne i muszą podlegać różnorakim interpretacjom. By mogły wypełniać swoją rolę, muszą im towarzyszyć niepisane zasady, podobnie jak w ulicznej koszykówce, w którą nie dałoby się grać, gdyby wszyscy gracze nie zgadzali się na przestrzeganie nieskodyfikowanych przepisów.

    Autorzy wymieniają dwie najważniejsze zasady, które pomagają skutecznie przestrzegać ducha amerykańskiej konstytucji: wzajemna tolerancja i instytucjonalna wstrzemięźliwość.

    Zasady te, szczególnie pierwsza, nie obowiązywały od razu i na zawsze. Wręcz przeciwnie, proces ich wykuwania był długi i bolesny. Przykładem niech będą chociażby federaliści Johna Adamsa i republikanie Thomasa Jeffersona. U zarania Stanów Zjednoczonych każde z tych ugrupowań traktowało stronę przeciwną jako zdrajców ojczyzny, zarzucając sobie knowania odpowiednio z francuskimi jakobinami i brytyjskimi torysami.

    Cnotę wzajemnej tolerancji zawsze należy pielęgnować. Brak choćby minimalnego zaufania pomiędzy stronami konfliktu doprowadził w Hiszpanii do wojny domowej. Warto przy tym pamiętać, że dyktatorzy lub kandydaci na dyktatorów prawie zawsze przedstawiają swoich adwersarzy nie jako konkurentów do władzy, ale jako egzystencjalne zagrożenie dla istnienia państwa i narodu.

    Instytucjonalna wstrzemięźliwość to w skrócie niepodejmowanie działań, które choć zgodne z literą prawa, są sprzeczne z jego duchem. Ta norma jest starsza od samej demokracji – z powodzeniem stosowano ją w Anglii już w średniowieczu.

    Z kolei odwrotnością instytucjonalnej wstrzemięźliwości jest to, co autorzy określają mianem „constitutional hardball” - w Polsce podobne zjawisko czasem określa się „falandyzacją prawa”. Chodzi o takie wykorzystywanie przepisów konstytucyjnych, by maksymalnie utrudnić życie przeciwnikom politycznym i realizować swoją polityczną agendę, balansując na granicy prawa.

    Oba elementy, a zatem wzajemne zaufanie i instytucjonalna wstrzemięźliwość są ze sobą blisko powiązane, a ich brak może doprowadzić do tragicznych skutków -  tak jak w Chile, gdzie demokracja uznawana za najbardziej stabilną na kontynencie rozsypała się niczym domek z kart.

    Jak uczy historia, demokrację można obronić wyłącznie metodami demokratycznymi.

    Co dalej?

    Radykalizacja amerykańskiej polityki nie bierze się znikąd. Tradycyjne wielkie partie to już nie konkurenci w walce o władzę, lecz dwa wrogie obozy, które dzieli niemal wszystko: kolor, religia, geografia, nawet styl życia. Postępujące podziały ilustrują jednym, wiele mówiącym przykładem. W roku 1960 tylko niespełna 5 procent republikanów i demokratów miałoby coś przeciwko temu, by ich dzieci weszły w związek małżeńskich ze zwolennikiem przeciwnej partii. W 2010 odsetek ten wynosił ponad 30 procent wśród demokratów i prawie 50 wśród republikanów. Levitsky i Ziblatt przyznają, że polaryzacja społeczeństwa jest demokracji potrzebna, czasami wręcz niezbędna. Nikt jednak, niestety, nie wynalazł jak dotąd algorytmu pozwalającego stwierdzić, w którym momencie polaryzacja przestaje być dla demokracji ożywcza, a staje się groźna.

    Przemiany zachodzące w USA, spadek liczby osób wierzących zapowiadają koniec epoki „partii wielkich namiotów”, czyli ugrupowań zbierających pod swoimi skrzydłami bardzo zróżnicowany elektorat. Profesorowie z Harvardu zwracają uwagę na takie zjawisko jak zanik konserwatywnych demokratów i liberalnych republikanów, którzy wcześniej mogli stanowić pomost i użyteczny kanał komunikacji pomiędzy obiema partiami.

    Na pytanie, czy demokracja jest w odwrocie, autorzy udzielają jednak odpowiedzi przeczącej. Przypominają, że na każde Węgry i Turcję, które zmierzają lub już dotarły w stronę miększej albo twardszej formy autorytaryzmu, przypada jakaś Tunezja lub Sri Lanka, gdzie demokracja zapuszcza coraz mocniejsze korzenie. Liczba państw demokratycznych na świecie pozostaje stabilna.

    Kreśląc nie najweselsze scenariusze, Levitsky i Ziblatt po raz kolejny przypominają wagę dwóch podstawowych zasad, czyli wzajemnej tolerancji i instytucjonalnej wstrzemięźliwości. Bez nich demokracja nie istnieje, a każdy czarny scenariusz ma większe szanse na realizację.

    Na koniec harvardzcy profesorowie przekazują garść porad dla demokratów, które mogą mieć też szersze zastosowanie. Można je streścić w kilku linijkach: stawiając opór wrogom demokracji, nie starajcie się do nich upodobnić, choć pokusa, by sięgać po te same metody jest silna; nie starajcie się być tacy, jak wasi przeciwnicy „tylko bardziej”. Jak uczy historia, demokrację można obronić wyłącznie metodami demokratycznymi.

    Przeczytaj także:
    "Wieczny powrót faszyzmu" - wokół eseju Roba Riemena