Skip to main content
    Search form

    Demokrację trzeba wymyślić na nowo

    Zmieniające się otoczenie technologiczne i komunikacyjne, choć jeszcze niedawno wydawało się mieć moc silnie demokratyzującą, staje się narzędziem burzenia starych porządków. Powiększa się przepaść między nieograniczonymi możliwościami, jakie tworzy sieć, a coraz bardziej ograniczonymi mechanizmami „starych” demokracji. Jesteśmy w punkcie krytycznym – recenzja Stefana Kabata.

     


    Internet, media społecznościowe, rozwiązania smart w miastach czy państwach – wszystkie te zjawiska są dziełem ostatnich dziesięcioleci. Wszystkie zaczęliśmy przyjmować niemal bezkrytycznie i powszechnie. Z poczuciem, że zaczynamy je rozsądnie adaptować i wykorzystywać do meblowania naszej rzeczywistości. Nie zauważyliśmy, że doprowadziły do radykalnej rewolucji w systemie komunikacji, informacji oraz że stały się narzędziem wypaczania i niszczenia zastanego porządku oraz budowania systemów permanentnej inwigilacji o niespotykanej dotąd skali.

    Jeszcze kilka lat temu internet i media społecznościowe jak Facebook czy Twitter postrzegane były jako narzędzia globalnej demokratyzacji, a teorię tę zdawały się potwierdzać wydarzenia arabskiej wiosny czy protesty w Rosji w roku 2011. Bazujące na gromadzeniu i analizowaniu wielkich mas danych systemy posługujące się sztuczną inteligencją nadal są postrzegane jako właściwy kierunek modernizacji usług publicznych, a miasta prześcigają się w tym, które z nich jest bardziej smart. Martin Moore – doktor nauk politycznych, wykładowca londyńskiego King's College oraz dyrektor tamtejszego Centre for the Study of Media, Communication and Power w książce „Democracy Hacked. Political Turmoil and Information Warfare in the Digital Age” – sięgając do licznych przykładów z całego świata, udowadnia, jak wiele z tych symboli nowoczesności staje się motorem niebezpiecznych zjawisk. Niebezpiecznych dla wolności jednostek i dla stabilności całych systemów demokratycznych.

    Autor w podzielonym na trzy części wywodzie opisuje, jak potężne cybernarzędzia przerosły sposobami ich wykorzystania wyobraźnię swoich twórców. Omawia też, w czyich rękach dotąd owe narzędzia okazały się groźne – począwszy od „obywateli internetu”, strzegących specyficznie rozumianej wolności i zdolnych podejmować niszczycielskie działania wobec instytucji i całych państw nawet dla żartu, przez ekscentrycznych miliarderów, umiejętnie rozgrywających mechanizmy internetowe dla modelowania systemu obiegu informacji i wpływania na nastroje społeczne, aż po państwa – ingerujące w procesy wyborcze innych państw, budujące „narodowe internety” czy tworzące gigantyczne, zautomatyzowane i cyfrowe rejestry i systemy usług, dające potencjalnie nieograniczone możliwości inwigilowania obywateli. Rozważa wreszcie, w jakim kierunku ewoluować będą współczesne systemy.

    Mające jeszcze niedawno demokratyzować świat Facebook czy Google stają się mimowolnymi wspólnikami niekontrolowanego zalewu sieci ekstremalnymi treściami politycznymi, propagandą, fałszywymi informacjami.

    A zmiana – jak zaznacza pod koniec książki autor – jest niezbędna, bo współczesne demokracje zdecydowanie nie nadążyły za komunikacyjną rewolucją, którą wprowadził internet i media społecznościowe. „Starzy” politycy wciąż nie dostrzegli, jak dotychczasowe narzędzia instytucjonalne demokracji rozmijają się z oczekiwaniami obywateli i jak bardzo są ułomne wobec narzędzi, które oferuje sieć. Wyrwa po niemal całkowitym zaniku prawdziwie lokalnych mediów oraz stale tracących wpływ i zasięg tradycyjnych, mainstreamowych mediach wypełniana jest póki co głównie bądź autentycznym chaosem i kakofonią miliardów komunikatów wszystkich użytkowników sieci, bądź umiejętną manipulacją. Mające jeszcze niedawno demokratyzować świat Facebook czy Google stają się mimowolnymi wspólnikami niekontrolowanego zalewu sieci ekstremalnymi treściami politycznymi, propagandą, fałszywymi informacjami. Wreszcie systemy mające w założeniu optymalizować sposób świadczenia usług publicznych niebezpiecznie naruszają wolności obywatelskie i możliwość demokratycznego wpływania na kolejne obszary działania władz publicznych.

    Ponury obraz współczesnej rzeczywistości opisywany przez autora znajduje poparcie w licznie przytaczanych przykładach. Wśród nich są oczywiście zwycięstwa skrajnych, antyestablishmentowych polityków i ugrupowań, jak choćby Donalda Trumpa, napędzane wieloma czynnikami: od wykorzystywania sprzyjającego skrajnościom charakteru mediów społecznościowych, przez umiejętne wykorzystywanie niemal nieograniczonych możliwości płatnego targetowania odbiorcy, jakie stworzyły Google i Facebook, przez umiejętne niszczenie wiarygodności politycznego i medialnego establishmentu, aż po trudną do oszacowania skalę ingerencji zewnętrznej.

    Takim przykładem są także wdrażane „inteligentne” systemy usług publicznych i gromadzenia danych o obywatelach – np. indyjski Aadhaar czy singapurski Smart Nation – mające w założeniu optymalizować system, ograniczać możliwość wyłudzeń środków publicznych, a realnie stają się potężnymi narzędziami kontroli obywatela, coraz bardziej pozbawiając go zarówno prywatności, jak i wpływu na kształt publicznych polityk. Bo jaki wpływ ma głos obywatela w wyborach, skoro usługi np. zdrowotne realizuje zautomatyzowany system oparty o sztuczną inteligencję, wyrwany spod wpływu polityków, na których głosuje? I jaką możliwość protestu ma obywatel, o którym państwo wie praktycznie wszystko?

    Martin Moore zwraca uwagę na ważne, groźne zjawiska oraz niemal całkowitą, jak dotychczas, bezbronność „starych” demokracji wobec nich. Dość powiedzieć, że jedyne pozytywne przykłady zaprzęgnięcia technologicznej rewolucji do budowy narzędzi demokratycznych odnajduje w niewielkich krajach – Estonii i Tajwanie. Te dwa jasne punkty na globalnej mapie pomieszania systemów niedemokratycznych z postępującą delegitymizacją dotychczasowych demokracji dają wątłą nadzieję na pomyślną przyszłość tych ostatnich. Daje jednak jakąkolwiek – a to już całkiem sporo wobec obecnego na niemal każdej stronie książki niepokoju i pesymizmu.

    Zmiana jest niezbędna, bo współczesne demokracje nie nadążyły za komunikacyjną rewolucją. „Starzy” politycy nie dostrzegli, jak dotychczasowe narzędzia instytucjonalne demokracji rozmijają się z oczekiwaniami obywateli i jak bardzo są ułomne wobec narzędzi, które oferuje sieć.

    Praca Martina Moore’a napisana jest przystępnym językiem – może z wyjątkiem rozdziału dotyczącego ewolucji narzędzi reklamowych Google’a i Facebooka, który wymaga od czytelnika nieco większego wysiłku celem zrozumienia technologicznych zawiłości. Całość wywodu jest dość spójna, autor niejednokrotnie dokonuje odniesień do kwestii poruszanych w innych rozdziałach. Niekiedy dziwi natomiast dobór przykładów do argumentacji, przynajmniej gdyby traktować dosłownie tytuły rozdziałów – chodzi przede wszystkim o rozdział ósmy, zatytułowany Surveillance Democracy („Demokracja nadzorowana”). Opisanie przykładów demokratycznych Indii czy przynajmniej nominalnie demokratycznego Singapuru zdaje się tu uzasadnione, ale trudno zrozumieć opisywanie rozwiązań stosowanych w Chinach jak przykładu jakkolwiek świadczącego o kondycji demokracji.

    Książka jest jednak bardzo sprawną próbą usystematyzowania spraw i zjawisk oraz pokazania między nimi związków, które mogły nam dotąd umykać. Jest ambitną próbą ułatwienia obywatelom zrozumienia zmian, jakie zaszły w sposobie obiegu informacji i funkcjonowania systemów demokratycznych. A rozumienie tych procesów jest fundamentalne dla przyszłości demokracji w ogóle.