Skip to main content
    Search form

    Smutne portrety prowincji

    Obszary zainteresowań:

    Album „Portret prowincji”, ze zdjęciami Jacentego Dędka oraz tekstami Katarzyny Dędek, wpisuje się w trwającą trzecią falę zainteresowania polskimi peryferiami i ich mieszkańcami. Szkoda, że został wydany dopiero w tym roku - opinia Marcina Hinza.


    „Portret prowincji” gromadzi ponad 150 zdjęć zrobionych przez Jacentego Dędka w latach 2011-2016, inkrustowanych tekstami jego żony, Katarzyny Dędek. Autorzy podsumowują w ten sposób swój projekt, w ramach którego przez kilka lat jeździli po Polsce, przyjmując tylko jedno założenie – interesowały ich miejscowości liczące nie więcej niż 30 tys. mieszkańców. Wszystkie zdjęcia zostały wykonane przy użyciu aparatu wielkoformatowego, w czerni i bieli, co nadaje albumowi monumentalnego charakteru.

    To album bez wątpienia ważny, stanowiący swego rodzaju zapis fotograficzny polskiej prowincji początku XXI wieku. Wyziera z niego obraz smutny – miejsc beznadziei, pustki, starości. W tekstach znajdziemy wspomnienia dawnych, lepszych czasów, rozważania o samotności i śmierci. Tego rodzaju rozważania brzmią znajomo dla każdego, kto odwiedzał w ostatnich latach polskie peryferia, zwłaszcza wiejskie. Tylko czy jest to rzeczywiście „portret”? Liczba pojedyncza sugeruje obraz pełny, całkowity. Oglądając album można dojść do przekonania, że są to raczej liczne portrety wielorakich obliczy peryferii. Portrety te łączy tematyka, zainteresowanie codziennością i autorskie spojrzenie fotografa. Zresztą, czy w ogóle dałoby się zamknąć świat ponad 400 miejscowości i ich mieszkańców w jeden portret? Czy jedne ramy, nałożone przez zewnętrznego obserwatora mogłyby pomieścić wszystko? Inaczej mówiąc – to zaleta, że w istocie mamy do czynienia nie z portretem, ale z licznymi portretami (nawet jeśli mają one swoje wspólne mianowniki).

    Jedną z inspiracji wskazywanych przez autorów jest słynny „Zapis socjologiczny” Zofii Rydet, który przez lata pozostawał obiektem zainteresowania badaczy społecznych. Praca Rydet stanowiła oczywistą inspirację, choć wydaje się, że projekt Dędków jest zupełnie inny w swojej koncepcji. W przeciwieństwie do autorki „Zapisu”, autorzy nie przyjęli jednego klucza doboru zdjęć, które znalazły się w albumie – szukali życia codziennego, dawali prowadzić się napotkanym ludziom. Nie poprzestali na zgromadzeniu wielkiego korpusu zdjęć, pokusili się o dokonanie subiektywnego wyboru fotografii tworzących album. Sam wybór jest tu zatem działaniem interpretacyjnym, które w oczywisty sposób wpływa na postrzeganie prowincji przez czytelników, pozostawiając im mniejsze pole do własnej interpretacji, narzucając perspektywę bez wątpienia pesymistyczną. Trudno z tą autorską perspektywą polemizować – autorzy tak widzą codzienność peryferii, tak zostali poprowadzeni przez swoich bohaterów, którym uwierzyli i z którymi sympatyzują. I może właśnie ta życzliwość wobec mieszkańców prowincji jest tu najistotniejsza, bo przez lata zdecydowanie brakowało jej w dyskursie publicznym prowadzonym przez centrum.

    I we wstępie do albumu, i w wypowiedziach medialnych autorzy podkreślają, że szczególnie interesowała ich zmiana, która dokonuje się na polskiej prowincji. Mam poczucie, że akurat pokazanie zmiany nie do końca się udało. Już zdjęcie okładkowe przedstawia starszego mężczyznę, swoim wyglądem przywodzącego na myśl znaną ze słowiańskiej kultury ludowej figurę dziada wędrownego. Fotografia ta jest skądinąd świetna i rozumiem pokusę umieszczania jej na okładce, ale czy to obraz, który najtrafniej reprezentuje polskie peryferia XXI wieku? Pokazuje „dziwne zawieszenie”, o którym mówią autorzy, czy jednak zwraca nas do myślenia o przeszłości prowincji?

    To przesunięcia wektora na przeszłość, to oczywiście także cena doboru w pełni subiektywnego, pozbawionego schematu czy klucza. A jednocześnie doboru, który imponuje i z którym zdecydowanie warto się zapoznać. Zwłaszcza, że tematy prowincjonalne od kilku lat wreszcie są na fali i jest to w końcu fala, której celem nie jest zatopienie prowincji, tylko porwanie jej do świadomości mieszkańców centrum.

    Peryferia w służbie centrum

    Z perspektywy widać bowiem, że zainteresowanie prowincją w III RP można podzielić na trzy etapy. Pierwszy z etapów symbolizuje (nie)sławny dokument „Arizona”, nakręcony w 1997 r. przez Ewę Borzęcką. Film pokazywał mieszkańców pomorskiej miejscowości, którzy kilka lat po upadku miejscowego PGR-u wciąż nie potrafili odnaleźć się w nowej rzeczywistości, w której ich jedyną aktywnością było urządzanie awantur po wypiciu taniego wina Arizona. Zaraz po premierze wywołał wiele kontrowersji i do dziś stanowi pewien antywzór opowiadania o polskiej prowincji. W odczuciu wielu recenzentów bohaterowie „Arizony” zostali przedstawieni bez cienia sympatii ze strony reżyserki, bez próby zrozumienia, o empatii nie wspominając.

    „Arizona” jest emblematyczna dla lat 90., w których o mieszkańcach polskiej prowincji w mainstreamowym dyskursie publicznym mówiono właściwie wyłącznie źle. „Odrażający, brudni, źli” mieszkańcy popegeerowskich wsi mieli być hamulcowymi rozwoju Polski, która dopiero co wskoczyła do pociągu „kapitalizm”.

    „Arizona” symbolicznie podsumowywała podejście do polskiej prowincji dominujące w latach 90. (podejście, które – niestety – w niektórych kręgach przetrwało do dziś). Natomiast nowy etap zainteresowania polską prowincją otwierał serial „Siedlisko” emitowany pod koniec XX w. przez telewizję publiczną. Grana przez Annę Dymną malarka Marianna, niespodziewanie dostaje w spadku wiejską posiadłość, do której jeździła jako dziecko. Razem z mężem Krzysztofem (Leonard Pietraszak) wybierają się tam na jeden dzień, by załatwić formalności i sprzedać majątek. Mariannie towarzyszą wspomnienia i sentymenty, Krzysztof jedzie tam z musu na jeden dzień, bo w mieście czeka na niego poważna praca naukowa. Co dzieje się dalej? Łatwo się domyślić – Marianna i Krzysztof zakochują się w odziedziczonym domu, zakochują się od nowa w sobie, zakochują się także w mieszkańcach wsi Panistrugi, a zwłaszcza w opiekujących się ich siedliskiem Róży i Józku.

    W tym samym czasie łamy polskich magazynów zaczynały zapełniać się opowieściami o ludziach, którzy – zmęczeni pracą w korporacjach – postanawiają przeprowadzić się na wieś. Żeby uruchomić tam agroturystykę, pisać książki albo wręcz nic nie robić, tylko odpoczywać na łonie natury. Zjawisko oczywiście niszowe tak, jak niewielka była i jest grupa Polaków, którzy mogą sobie pozwolić na rzucenie z dnia na dzień pracy. Niemniej, opowieści reprezentantów tej grupy przez kolejne lata rozpalały wyobraźnię czytelników czasopism, a później portali lifestyle’owych. Z czasem do opowieści o wyprowadzce na prowincję doszły opowieści o cyfrowych nomadach pracujących kiedy chcą, podróżując po Azji czy o zmęczonych pracownikach korporacji, znajdujących wytchnienie prowadząc hotel na Zanzibarze. Wszystkie te opowieści łączyła naiwna idealizacja peryferii (polskich, a później światowych), w której pobrzmiewały echa „chłopomanii” sprzed stulecia.

    To, co łączy obydwa te etapy, to nikłe zainteresowanie ludźmi, mieszkańcami peryferii. Prowincja nie stanowiła przedmiotu zainteresowania sama w sobie, ale pewien kontrapunkt dla centrum. W pierwszej dekadzie III RP prowincja była leniwym, roszczeniowym i anachronicznym przeciwieństwem rozumnego i nowoczesnego centrum. Z kolei w pierwszej dekadzie XXI w. stała się miejscem poszukiwań prawdziwości, oddechu dla zmęczonych mieszkańców centrum. Obydwa te etapy służyły zatem realizacji średnioklasowych i wielkomiejskich potrzeb, a nie były wyrazem realnego zainteresowania peryferiami.

    Bezinteresowne zainteresowanie polską prowincją

    W ostatniej dekadzie nastąpił pewien przełom, którego symptomy widać było już w połowie lat „zerowych”. Na peryferia masowo ruszyli antropolodzy, animatorzy, badacze, fotografowie, reportażyści. Oczywiście, byli tam już wcześniej, ale to w tym okresie prowincja szczególnie zagęściła się od pochodzących z centrum obserwatorów, a wreszcie w ostatnich latach ich obserwacje z oporami, ale zaczęły przedzierać się do świadomości centrum.

    Gdyby chcieć wskazać jeden, przełomowy moment, gdy inne myślenie o polskiej prowincji zaczęło zyskiwać na znaczeniu, byłaby to wydanie w 2009 r. książki „Łowcy, zbieracze, praktycy niemocy” Tomasza Rakowskiego. To oczywiście symptomatyczne, że w tym wypadku mówimy o książce doktorskiej, a nie o popularnym serialu czy dokumencie wyemitowanym w primie time’ie, niemniej była to jedna z pierwszych kropli drążących skałę. Z czasem działania Rakowskiego, prowadzone z grupą studentów w mazowieckich wsiach, przeobraziły się z badań etnograficznych w działania etnoanimacyjne, w coraz większym stopniu angażujące lokalną społeczność i poszukujące „nierozpoznanych wymiarów rozwoju kulturalnego”.

    W ciągu kilku kolejnych lat wydarzył się szereg projektów, które zyskiwały już rozgłos wykraczający poza środowisko akademickie. To choćby wystawa „Zapisu socjologicznego” Zofii Rydet w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, książki reporterskie Filipa Springera (na czele z „Miastem archipelag”), wędrowny zakład fotograficzny Agnieszki Pajączkowskiej, (projekt fotograficzno-społeczny, który doczekał się także podsumowania książkowego), działania Stowarzyszenia Folkowisko (w tym produkcja filmu „Niepamięć”), projekt badawczo-reporterski PTBRiO „Światła małego miasta” czy ustawiony m.in. w centrum Warszawy „Pomnik chłopa” i inne projekty artystyczne Daniela Rycharskiego, prowadzone w duchu sztuki ze społecznością i pokazane w ubiegłym roku na głośnej wystawie w MSN.

    Do tej fali zalicza się też „A co wyście myślały”, druga z książek Agnieszki Pajączkowskiej, napisana wraz Aleksandrą Zbroją. Autorki wyruszyły w podróż po mazowieckich wsiach, żeby poznać perspektywę tamtejszych kobiet. Jak podsumowują w posłowiu „Nie dla wniosków czy analiz toczyły się te rozmowy. Zarejestrowałyśmy głosy kobiet i zestawiłyśmy je ze sobą bez ulegania pokusie katalogowania ich postaw”. Ta niechęć do syntetyzowania musi być bliska sercu każdego antropologa, ale czy nie jest jednocześnie słabością wszystkich projektów (literackich, reporterskich czy fotograficznych) mieszących się w tej trzeciej fali zainteresowania polską prowincją? Czy nie jest tak, że przez brak typologii, liczb i wniosków trudniej jest choćby zainteresować decyzyjne centrum perspektywą peryferii?

    A przecież podobnie postępują Jacenty i Katarzyna Dędek. Podkreślają, że nie przyjęli żadnego klucza doboru zdjęć. Jechali przed siebie, inwestując własny czas i pieniądze, więc – co zrozumiałe – chcieli mieć wolność doboru tematów. Jednak tak subiektywnie skonstruowany dobór zdjęć może być i siłą, i słabością albumu „Portret prowincji”.

    Odległa polska przydrożna

    Mniej więcej w tym samym czasie, co „Portret prowincji”, wydany został reportaż „Polska przydrożna” Piotra Mareckiego. Ciekawa jest lektura równoległa tych dwóch, zupełnie innych wydawnictw. Autor „Polski przydrożnej”, grając z konwencją powieści drogi, opisuje swój ostatni kawalerski road trip. Kieruje się na polską prowincję, krążąc przede wszystkim wokół miejsc, które odwiedzał w latach 90., nie będąc jeszcze prezesem wydawnictwa Ha!art i profesorem sztuk wizualnych na Uniwersytecie Jagiellońskim.

    Książka, od pierwszej litery do ostatniej kropki autoironiczna, pokazuje nieprzystawalność mieszkańców centrum i peryferii. Marecki w beznamiętny, momentami nużący sposób relacjonuje wszystko, co widzi, pozostawiając to bez komentarza odautorskiego. Co chwile za to deklaruje, że właśnie „wrzuca „instastorkę”, a lejtmotywem jego podróży jest poszukiwanie miejsc, w których będzie mógł kupić kawę na wynos, przelewaną do „hipsterskiego termosu z Nowego Jorku”. Marecki przy każdej okazji informuje napotkane osoby, że żyje less waste i martwi się o kryzys klimatyczny. Podróż jak to podróż, kiedyś musi się skończyć – w tym wypadku po telefonie stęsknionej narzeczonej. Wsiada więc Marecki w samochód i tego samego wieczoru wspólnie piją wino i oglądają Netfliksa w swoim krakowskim mieszkaniu.

    Nie jest zatem polska prowincja odległym lądem, do którego trzeba przedzierać się tygodniami. Wystarczy wsiąść w samochód i już po godzinie znaleźć się w zupełnie innej rzeczywistości. Takie to proste, a jednak prowincja wciąż jest oddalona od centrum, co najmniej symbolicznie, ale nie tylko. Wykluczenie komunikacyjne, z którym borykają się mieszkańcy polskich wsi i miasteczek świetnie opisała Olga Gitkiewicz w swoim reportażu o znamiennym tytule „Nie zdążę”. Niestety, temat wykluczenia komunikacyjnego polskiej prowincji przez lata był ignorowany przez centrum, które nie rozumiało bądź nie chciało rozumieć, że ograniczona mobilność to kłopot nie tylko konkretnego mieszkańca prowincji, ale zjawisko, które w bezpośredni sposób wpływa na inne problemy społeczne.

    Tymczasem wątek wykluczenia komunikacyjnego peryferii pojawia się już w… pierwszym odcinku przywoływanego „Siedliska”. Józek, krytykowany przez Różę za „kopcenie jak parowóz”, odpowiada: „Parowozu to mamusia od roku nie widziała. Zlikwidowali linię, bo nierentowna. No i teraz do miasta trzeba autobusem, a to i dłużej, i drożej, i głupiej”. Wszyscy zgodnie śmieją się z riposty Józka, jeszcze nie wiedząc, że za kilka lat nawet autobus nie będzie dojeżdżał do Panistrug.

    I także dlatego potrzeba fotoreporterów takich, jak Jacenty Dędek, którzy sportretują dla nas prowincję, nadal oddzieloną od centrum nie tylko symbolicznie.


    O autorze:

    Marcin Hinz – antropolog kulturowy, badacz jakościowy, ekspert Polskiego Towarzystwa Badaczy Rynku i Opinii. Na co dzień zajmuje się badaniami i doradztwem marketingowym. Wcześniej przez kilka lat związany z sektorem kultury.